Przez 25 lat byłam służącą męża, którego teściowa wychowała na księciunia – każda kobieta była dla niego zbyt mało doskonała. Ale gdy zabrakło jego matki, nie spodziewałam się, jak bardzo zmieni się nasze życie…
Przez 25 lat żyłam w cieniu matki męża, która była królową naszego domu, a ja – jej służącą. Gotowałam, sprzątałam i spełniałam każdą prośbę mojego męża, „księciunia”, któremu zawsze było mało. Teściowa wychowała go na króla – a ja w tej relacji byłam co najwyżej pokojówką, która wciąż miała za mało sił, żeby mu dogodzić…
Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło. Teściowa odeszła, zostawiając po sobie pustkę, którą mój mąż szybko poczuł. Dopiero wtedy zobaczyłam prawdziwego faceta, który stał przede mną. Nigdy bym się nie spodziewała, że prawda o moim mężu będzie aż tak zaskakująca…
Niektórzy mężczyźni wyrastają z rodzicielskich skrzydeł, ale mój mąż chyba urodził się, trzymając się kurczowo brzegów spódnicy swojej matki. Ona była jego „przyjaciółką, doradcą i jedyną kobietą, która spełniała jego oczekiwania” – ja byłam jedynie dodatkiem. Mój dzień polegał na dostosowywaniu się do jego harmonogramu i zaspokajaniu jego wyśrubowanych standardów. A gdy coś nie odpowiadało „księciuniowi”, teściowa była gotowa rzucić swoje słynne, mrożące krew w żyłach: „A nie mówiłam?”.
Królowa i jej księciunio
Każda decyzja w naszym małżeństwie, nawet to, jaki obrus położyć na stół w Boże Narodzenie, przechodziła przez „konsultacje” z jego matką. Przyznam, że wiele razy próbowałam się postawić. Walczyłam o swój głos, ale w tej trójkątnej dynamice zawsze byłam na końcu. Mąż wprowadzał się na ten sam tor – a ja… czułam, że jestem mu potrzebna jedynie jako służąca, nie partnerka. Każda moja uwaga była kwitowana wybuchem gniewu lub pretensją, że „to mama wie najlepiej”.
Byłam zdeterminowana, aby coś zmienić, ale z czasem moja determinacja ustąpiła – walka z nimi była jak walka z wiatrakami. Stałam się milcząca i posłuszna, wykonując swoje obowiązki, aby nie prowokować niepotrzebnych kłótni. Miałam świadomość, że póki żyje jego matka, nic się nie zmieni.
Życie po śmierci matki
A potem, jakby to było wczoraj, teściowa zmarła. Dla męża to był cios – po raz pierwszy zobaczyłam go w takiej bezradności. Pierwsze dni były smutne, pełne żalu i trudnych emocji, a ja byłam przy nim, gotowa wspierać. Po kilku tygodniach coś jednak zaczęło się zmieniać. Zaczął zauważać mnie, pytać o moje zdanie. To był szok – mąż, który całe życie tylko żądał i wymagał, nagle chciał wiedzieć, co myślę.
Na początku sądziłam, że to chwilowe, że wróci do dawnych nawyków. Ale mijały tygodnie, a on nadal był uprzejmy i… pokorny. Zaczął nawet pomagać w domu, co kiedyś uznałby za poniżające. Jednego wieczoru, gdy siedzieliśmy przy stole, wziął moją rękę i powiedział: „Przepraszam, że tak długo byłem ślepy. Mama tak bardzo mnie kontrolowała… Nie chciałem cię ranić”.
Nowa rzeczywistość, nowe problemy
Pomyślałam wtedy, że to nasz nowy początek, ale niestety… W mężu narastał żal i poczucie winy. Czasem całe dnie przesypiał, ignorując rzeczywistość. W pewnym momencie ogarnął go gniew – wyładowywał się na wszystkim, co przypominało mu o jego matce. Kłótnie powróciły, ale teraz ja nie milczałam. Wybuchaliśmy na zmianę, ale na koniec tych awantur widziałam w jego oczach coś, czego nigdy wcześniej nie dostrzegłam – było tam skruchę, potrzebę odbudowy relacji. Powoli zaczynaliśmy rozmawiać o przyszłości, planować rzeczy, na które nigdy nie mieliśmy odwagi.
Jednak czy naprawdę można zmienić osobowość, która była kształtowana przez 25 lat? Czas pokaże. Czasem wydaje mi się, że życie z księciuniem nigdy nie przestanie być wyzwaniem…